Jensen, 25.października.2010, 09:18
UcieczkaZa oknem przestało padać. W karczmie „Pod Ostrygą” został zajęty największy stół przez dość dużą grupę podróżnych. Dwie z nich miały na sobie płaszcze z kapturami na głowie, aby nikt ich nie rozpoznał.
Zamówili grzańce i wznieśli toast.
- Za udaną wyprawę! – krzyknął dowódca.
- Za udaną wyprawę – powtórzyli za nim chórem.
Mężczyźni zaczęli ucinać sobie pogawędki.
- Powinni już tu być – rzekła zatroskana młoda kobieta, twarz zasłaniał kaptur.
- Spokojnie, Anaid. – Lider ściszył głos. Rozejrzał się wystraszony - jeszcze ktoś mógłby ich usłyszeć. – Jesteśmy przed czasem. Dopiero jest poranek. – Wypił łyk.
Podniosła głowę, aby spojrzeć na niego wtedy napotkała jego wzrok. Wyglądał szczerbato, kiedy się uśmiechał.
Nechtan miał postawną sylwetkę; wyglądał groźnie ze swymi ranami na całym ciele. Anaid nie bała się tego prawie czterdziestoletniego mężczyzny, kapitana statku Meren. Z początku odstraszał ją, podobnie jak inni piraci, ale przy bliższym poznaniu opowieści o krwawych rozbójnikach oceanu włożyła miedzy bajki. Nechtan stoczył już wiele bitw i budził wśród wszystkich swoich podwładnych szacunek.
- Mięliśmy się spotkać dopiero wieczorem – przypomniał jej kapitan.
- Wiem – szepnęła.
Przycisnęła do siebie mocniej torbę, którą trzymała. Wojownicy z Lanii mają przybyć tutaj do Mararan i mają ją eskortować do Isilrli.
Wśród nich zapanowała dziwna cisza.
- Właśnie, nie martw się – powiedziała sąsiadka i poklepała ją po ramieniu. Jej kufel był już w połowie pusty.
- Czarna, nie tak szybko – odparł dowódca. – Za chwilę będziesz leżeć na stole.
- Aj, aj, kapitanie Nechtan. – Nie patrzyła jednak w jego stronę.
Wstała. Podniosła naczynie, krzycząc:
- Za przygodę!
Kompani zrobili to samo.
- Pamiętacie, jak… - zaczęła Czarna przypominać sobie niezwykłą wyprawę.
Przywołała wspomnienie z pamięci śmieszne sceny, które wydarzyły się podczas rejsu.
Wszyscy zaczęli się śmiać od ucha do ucha, Anaid również. Dziewczyna wiedziała, że Czarna robi to, by pozbyć się przygnębiających myśli.
Niedługo nastąpi rozstanie.
Anaid patrzyła na rozpromienioną przyjaciółkę. W końcu zatrzymali się na stałym lądzie i mimo tego, że Czarna przywykła do życia na pokładzie oraz wiecznych morskich podróży, to czasem miała dość takiego życia. Bycie piratką wcale nie jest tak wspaniałe, jak myślała Anaid.
- Hej, kelnerka, jeszcze jedno! – Machała Czarna.
- Nie wygłupiaj się! – rzucił Oren i dał znać kelnerce, by nie nalewała.
- Czemu? Jest takie pyszne.
Kiedy Anaid ją poznała, uznała, że jest ona nieco dziwna. Już sam wygląd ją odstraszał, nie wyglądała jak piracka księżniczka. Miała chłopską sylwetkę, czarne, krótko przycięte włosy lśniły na słońcu, cera ładna, ciemna, a na prawej łopatce miała wytatuowanego węża morskiego. Według niej to on chronił ją na morzu. Czarna tak naprawdę miała na imię Crystel, lecz wszyscy nazywali ją przydomkiem, jaki sama sobie nadała. Jeśli ktoś zwrócił się do niej prawdziwym imieniem, dostawał w zęby.
Crystel nie przywiązywała uwagi do swojego wyglądu podobnie jak Anaid. Chodziła zawsze w męskich, poszarpanych strojach; Anaid nigdy nie widziała Czarnej w sukni. W dodatku nie zachowywała się z wyższością, a wszystkich traktowała równo. Będąc z nią Anaid zapominała, iż ona jest księżniczką, a ona jedynie prostą dziewczyna ze wsi. Przy niej ta granica klas nie istniała. Właściwie wszyscy Merańczycy zachowywali się podobnie.
Crystel nigdy nikogo nie osądzała wyłącznie na podstawie pochodzenia, dlatego szybko stały się najlepszymi przyjaciółkami.
Anaid przypomniała sobie tę chwilę, kiedy stanęła na statku po raz pierwszy. Nie potrafiła żeglować; nie znała się na tym, z czego na pokładzie nie była zbyt pomocna, lecz piraci chętnie ją uczyli. Czasem sobie z niej żartowali, ale ile było z tego zabawy.
Anaid wzięła swój kieliszek i przyłączyła się do rozmowy.
- A pamiętacie, jak przez przypadek kucharz włożył mąkę do armaty… - zaczęła, jednak wszyscy na samo wspomnienie pokładali się już ze śmiechu.
- Tak, pamiętam. – Czarna śmiała się na cały głos. – Nikt nam nie powiedział i… flotę zaatakowaliśmy mąką.
- Ale mieli miny – rzuciła Anaid.
- Właśnie, partnerze - oznajmiła. – Kumple, zdrowie!
Rozbrzmiał dźwięk uderzających kufli.
Wielu żeglarzy znało większość piratów, ponieważ często gościli w tej przystani. Miasto Mararan słynęło ze spotkań wszystkich żeglarzy, piratów oraz transportów drogą morską, oraz świetnie rozwijał się tu handel. Córka króla piratów rzadko przybywała na ziemie Galathil, ponieważ mogła budzić podejrzenie. Inni piraci nie musieli się kamuflować, bardzo często tu bywali i nie było w tym nic nadzwyczajnego. Taka osobistość, jak Crystel wzbudziłaby ciekawość, nie mówiąc już o tajemniczej dziewczynie wśród korsarskiej załogi.
Kelnerki stale przyglądały się młodemu mężczyźnie o jasnych włosach.
Oren zaprotestował, kiedy zauważył, że jest obserwowany.
- Przestań już. – Zabrał dłonie Czarnej, które mocno owinęły jego szyję.
-Nie chcesz mnie? – rzekła ze skruszoną miną. – Czy boisz się, że tamte kobiety źle o tobie pomyślą?
Załoga tylko się śmiała z tej sceny.
Oren, zastępca kapitana jest bardzo młodym i atrakcyjnym mężczyzną. Oczy Czarnej zaczęły migotać z zazdrości, gdy zauważyła, jak kelnerki zaczęły się ślinić na jego widok.
- Niech tamte ladacznice, które wodzą za tobą wzrokiem pomyślą, co chcą. I tak nigdy cię nie zaciągną do łoża - Czarna szepnęła mu na ucho.
– Ja wiem, że wolisz kobiety – uśmiechnęła się zachęcająco. – Chyba, że się mylę?
- Możliwe, że się mylisz.
Czarna zamyśliła się.
- Więc, Oren, jaki jest twój wybranek? – zaczęła i przysunęła się jeszcze bliżej.
- Nieatrakcyjny, wiesz, mało przystojny – mówił udawanym głosem. - Wulgarny, ostry. A twój?
- Olśniewający, błyskotliwy. – Uśmiechnęła się serdecznie.
- Olśniewający i błyskotliwy, tak? – powtórzył wolno Oren, zerkając w jej niebieskie oczy. - Nie chciałabyś czegoś do tego dodać?
- Jeśli myślisz, że uważam to za słodkie, Oren, to łudzisz się.
- Oczywiście, że nie. Jak mogłabyś?
- Jesteś idiotą! – krzyknęła Crystel.
- Głupkowatą grudą – odparł.
- Kretyn.
- Dobra. Pocałujesz mnie?
- Myślałam, że nigdy nie zapytasz.
Ich usta odnalazły się w namiętnym pocałunku.
Anaid przywykła już do gwałtownego okazywania uczuć między tą dwójką i nie zrobiło to na niej takiego wrażenia jak dawniej. Na pokładzie ciągle się sprzeczali i godzili. Łączyło ich bardzo silne uczucie.
Myśli Anaid znowu pochłonęło, co innego; pragnęła w końcu ujrzeć brata. Nie widziała go już od tak dawna. Czy i jemu udało się odnaleźć księgę? Ostatnio nic o nim nie słyszeli.
Była również rozdarta. Umieli rozpoznać, że Anaid cierpi. Oni to wiedzieli, widzieli po jej zachowaniu, ale nie okazywali żalu i smutku, który ich dręczył z powodu nieuniknionego rozstania.
Możliwe, że już nigdy się nie spotkają. Nie zobaczy surowej twarzy kapitana, kiedy przywołuje do porządku pirackiej księżniczki ciągle wpakowującej się w kłopoty. Nie stanie już na pokładzie Meren i nie będzie czuć morskiej bryzy, huśtającego statku.
Przez te miesiące polubiła piracki świat, zwłaszcza że z tymi osobami przeżyła wspaniałą, niezapomnianą przygodę.
Chciała jednocześnie zobaczyć swoją rodzinę oraz zatrzymać nowych przyjaciół, z którymi się zżyła.
Jednak w życiu niemożna mieć wszystkiego.
Była ciekawa czy brat już wrócił z wyprawy. Czy już tam jest? Cały i zdrowy?
Bała się również pewnego spotkania w Isilri. Musiała dać odpowiedź pewnej osobie, obiecała jej, że musi coś przemyśleć. Zgodziła się i dała jej czas do namysłu. Wtedy okazało się, że musi wyjechać.
Do stolika podszedł właściciel karczmy. Anaid odruchowo skuliła się i odwróciła twarz.
- Przyjacielu! – rzekł wesoło Netchan. – Usiądziesz z nami?
Więc był przyjacielem kapitana.
Gospodarz podał mu kartkę.
- To wiadomość od twojego statku, przyjacielu – powiedział, rozglądając się po izbie. – Nie jesteście tu bezpieczni.
- Co?
Netchan szybko przeczytał liścik.
- Arańczycy żołnierze są w mieście – rzekł rozgniewanym głosem. – Skąd, do licha, dowiedzieli się, że tu będziemy? I to z księgą?!
- Pewnie ktoś was rozpoznał i ich zawiadomił. Wieści szybko się rozchodzą – rzekł właściciel. – Ludzie za parę groszy zrobią tu wszystko.
- Wracajmy na statek – zaproponowała Czarna, wstając z miejsca. – Musimy stąd wiać.
- Meren odpłynął, aby żołnierze Ruarke nie weszli na pokład – oznajmił kapitan.
- Co my teraz zrobimy?
Patrzyli teraz na Anaid, a właściwie na jej torbę.
Właściciel również na nią spojrzał. Zauważył, że dziewczyna chowa miedziane, długie włosy pod ubraniem.
- Ty jesteś siostrą Gwiazdy Joshin?
Nikt nie zwrócił uwagi na pytanie gospodarza. Wstali i zaczęli chodzić po karczmie. Broń trzymali w pogotowiu.
- Przydałby się nam transport – rzekł gorączkowo kapitan.
- Ale jak tu teraz ukraść parę koni? – wtrącił Oren, który stał przy oknie. Rozglądał się za żołnierzami oraz za czymś, co mogłoby im pomóc w ucieczce.
- Musicie uciekać! Naprawdę zdobyliście tę siódmą księgę!? – Karczmarz mówił z wielkim przejęciem i entuzjazmem.
Kapitan spojrzał w końcu na gospodarza.
- Bądź cicho!
Pozostali goście zaczęli bacznie się im przyglądać.
- Jak to siódmą? – spytał Netchan, kiedy dotarły do niego słowa karczmarza.
- Od jakiegoś czasu krążą pogłoski, że Gwiazda Joshin odnalazł Księgę Ognia. Dlatego Targhos jest taki niespokojny i wściekły.
- Czyli to prawda. Lyon zdobył księgę.
Serce Anaid biło teraz szybciej. Udało mu się.
- Trzeba się śpieszyć. W końcu nas tu zastaną - powiedziała.
Do karczmy wpadł jakiś mężczyzna.
- Ojcze! – zwrócił się do gospodarza. – Arańczycy już tu idą! Wdzierają się do domów i pytają o księgę, piratów i niejaką Anaid.
Goście zaczęli wstawać i opuszczać gospodę, by jak najszybciej wrócić do swych domów. Nigdy nie wiadomo, co przyjdzie takim żołnierzom do głowy. Aby wydobyć informacje, nie cofną się przed niczym; nie mają litości dla kobiet, a nawet dla dzieci.
- Pośpieszcie się! Zaraz tu będą – zwrócił się do nich syn gospodarza. Przez moment patrzył na Anaid.
Czy tylko jej się wydawało, czy ten młodzieniec wiedział kim jest? Czyli żołnierze już wiedzą, że tu jesteśmy?
- Musicie uciekać! Mam dwa konie – rzekł nagle gospodarz. – Daję wam je! Przygotujcie moje konie! – wydał rozkazał do swych pracowników.
Crystel z niedowierzaniem powiedziała:
- Pomagasz nam. To grozi…
- Śmiercią, wiem – dokończył gospodarz. – Jeśli księga, jaką trzyma ta dziewczyna… – wskazał na Anaid – naprawdę jest tą ostatnią księgą, to powinna jak najszybciej trafić w ręce Gwiazdy Joshina. Wtedy Silmarwen raz na zawsze zostanie pokonany!
- Naprawdę chcesz nam pomóc? – spytała Anaid.
- Oczywiście. Chodźcie – rzekł stanowczo, kierując ich na zaplecze. – Nie chcę ciągle się obawiać, że któregoś dnia ci żołnierze, czy sam demon przyjdzie po moją rodzinę. Jednego syna już straciłem, nie zniosę kolejnej straty. Wszyscy pragną lepszego świata, ale nie kiwną palcem, chowają tylko głowy w piasek. – Podszedł do baru. - Nawet jeśli umrę, chcę się przysłużyć w zgładzeniu Silmarwena.
Anaid czuła, że jego słowa są jak najbardziej szczere.
- Tędy - rzekł gospodarz, kierując się na zaplecze. – Jest tylne wyjście.
- Jestem wam bardzo wdzięczna, panie! - złożyła podziękowanie Anaid.
- Nie ma za co. Mam tylko dwa konie – przypomniał.
Czarna słysząc to, zadała pytanie:
- Więc kto pojedzie?
- To jasne – przemówił Natchan, gdy biegli korytarzem. – Anaid i Oren.
Pirat zauważył, że Crystel już otwiera usta, by coś powiedzieć.
- Tak będzie najlepiej. Oren jako jedyny z nas potrafi jeździć konno, przecież wychował się w gospodarstwie – przypomniał kapitan Czarnej.
Crystel niechętnie przyznała mu rację.
Uderzył ich blask światła z zewnątrz, gdy drzwi się otworzyły. Na dworze czekały już na nich przygotowane osiodłane konie.
- Kochanie, dobrze robimy? – spytała żona gospodarza.
- Oczywiście.
Do Anaid dotarło, że musi rozłączyć się ze swymi znajomymi, którzy dotychczas jej towarzyszyli.
- A co z wami?
- Zostaniemy. Może uda nam się ich zmylić – Netchan wyrażał przekonanie, iż właśnie na to liczy. Objął ją i mocno przytulił.
- Niech wiatry ci sprzyjają – szepnął.
- I tobie – odpowiedziała.
Oren i Crystel patrzyli na siebie.
- Chciałabym wam towarzyszyć – powiedziała. – Mogę siedzieć z tyłu – zaproponowała Czarna.
- Wiesz, że koń byłby bardziej obciążony – stwierdził.
- Poza tym twój ojciec powierzył mi ciebie w opiece – wtrącił kapitan. – Przy mnie włos ci z głowy nie spadnie.
– Crystel, obiecuję, że wrócę – powiedział Oren z taką czułością, że Czarnej popłynęły łzy. Nie uderzyła go, kiedy zwrócił się do niej prawdziwym imieniem. Nie lubiła swojego imienia, ale w jego ustach zabrzmiało niezwykle pięknie.
Po raz pierwszy odkąd się poznali, musieli się rozłączyć. Pocałowali się.
Czarna spojrzała na przyjaciółkę.
- Będzie mi ciebie brakować, Anaid
Mocno się uściskały. Anaid głos zamarłby, gdyby odpowiedziała.
To nie tak miało wyglądać, pomyślała.
Otarła łzy i podeszła do swego rumaka .
- Ale co ja widzę! - wykrzyknęła małżonka, kiedy zobaczyła podchodzącą Anaid do wierzchowca . – Nie przygotowałam damskiego siodła! Zaraz! – zwróciła się do małego chłopca, który zapewnie był jej synem. – Przynieś je.
- Musimy jechać szybko, pani - odpowiedział Oren. - Ta młoda dama będzie musiała siedzieć po męsku.
Oczy Anaid rozbłysły.
- To wspaniale! Nigdy nie mogłam znieść tych niewygodnych damskich siodeł.
- Potrafisz jeździć po męsku? - zdziwiła się gospodyni.
Czarna uchwyciła zjadliwy ton jej głosu.
- Możecie być tego pewni, skoro mówi, że potrafi - syknęła przez zęby.
Z pewnością gospodyni słyszała rozmowę swojego męża, który mówił, iż jest siostrą „gwiazdy Joshin”. Zapewne sądziła, że pochodzi ze szlachetnej rodziny.
Jak bardzo ta kobieta była w błędzie i daleka od prawdy.
Czarna pomogła wsiąść Anaid na siodło.
- Spotkajmy się za dwa dni przy ujściu Raven – oświadczył Netchan. – Będziemy tam na was czekać, jeśli coś się stanie, nie wracajcie tylko udajcie się do stolicy.
Oren kiwnął głową, że zrozumiał. Anaid poprawiła torbę na ramieniu.
Wtedy przybiegł gospodarz trzymając coś w rękach.
- Weź. – Podał Anaid. - To pestka albali. Gdy ją rozgryziesz, uwolnisz truciznę. Śmierć nadejdzie w mig.
- Mam się zabić?
-To lepsze niż to, co cię spotka z rąk Arańczycyków, kiedy cię złapią.
Usłyszeli donośne krzyki dochodzące z gospody.
- Ruszajcie już! – nakazał kapitan.
Anaid schowała pestkę i chwyciła za lejce. Ostatni raz spojrzała na zatroskane twarze swych przyjaciół.
Odjechała wraz w Orenem w głąb lasu. Kiedy się oddalali, usłyszeli trąby, a potem odgłosy metali uderzających o siebie.
Anaid chciała zawrócić, ale wiedziała, że nie może. Nie potrafiła posługiwać się bronią, nie potrafiła używać magii. Tylko by im sprawiła kłopot, a księga mogłaby wpaść w ręce żołnierzy. Serce biło jej niezwykle szybko, bała się, że jeszcze chwila i wyskoczy jej z piesi.
Jadąc konno między drzewami, Anaid musiała uważać na gałęzie i przewrócone, stare drzewa. Potrafiła dobrze jeździć. Jej towarzysz również. Nie oglądali się za siebie. W końcu natrafili na drogę. Usiłowali oddalić się jak najdalej.
Na krańcu drogi się zatrzymali. Konie były już zmęczone, postanowili odzyskać siły. Na wszelki wypadek oddalili się nieco od ścieżki.
Pogoda zaczynała się poprawiać i zrobiło się w miarę ciepło. Podmuch wiatru oraz promienie słoneczne padające na włosy Anaid, sprawiały, że wyglądały niczym żywy ogień.
Oren przywiązał konie do pni drzewa.
Kobieta ściągnęła płaszcz, było jej w nim zbyt gorąco. Rozłożyła go na błotnistej trawie, po czym usiadła na nim. Oren kiedy upewnił się, że dobrze przymocował lejce, aby wierzchowce nie uciekły i mogły swobodnie skubać rośliny, usiadł koło niej.
Trele ptaków roznosiły się po puszczy.
Długo się nie odzywali. W końcu Anaid przerwała milczenie.
- Mam nadzieję, że odpuścili nam. – Miała na myśli żołnierzy.
- Raczej nie, ale chyba są daleko.
- Sądzisz, że nic im nie jest? – spytała nieoczekiwanie. – Nie chcę, aby zginęli.
Oren popatrzył na nią i przygarnął ją do siebie, kiedy z jej zielonych oczu popłynęły łzy. Zbyt dużo nosiła na swych barkach. Za wiele widziała już krzywd ludzi. Szybko przywiązywała się do ludzi, niestety każdy, kogo znała był w niebezpieczeństwie.
- Wszystko jest dobrze. Ja to wiem – powiedział cicho. – Nic im z pewnością nie jest.
Pozwolił jej się wypłakać. Tylko tak mogła oczyścić się ze smutku, jaki jej towarzyszył.
Siedział tak z nią i ją pocieszał, nie wiedział, ile to trwało, ale nie miało to znaczenia.
Po chwili namysłu zabrał głos.
- Ciekawi mnie, skąd u diabła, dowiedzieli się, że tu będziemy? – Zabrzmiał tak, jakby pytał raczej sam siebie.
Ją również nurtowało to pytanie. Miała przypuszczenia, ale nie chciała nikogo osądzać bezpodstawnie. Na razie postanowiła to zatrzymać dla siebie. Bo co by to dało?
W ten usłyszeli głosy. Schowali się za krzaki. Najpierw usłyszeli rżenie mustangów i tętent kopyt. Obserwowali.
Za drzew zobaczyli wojowników. Naliczyli ich ze dwudziestu, ubranych w kolczą zbroję. Na tym nosili czerwoną tkaninę z herbem w kształcie róży.
Oboje skulili się jeszcze bardziej, modląc się w duchu, by ich nie zauważono oraz, aby podarowane wierzchowce nie odpowiadały swym braciom.
Nic się takiego nie stało. Przejechali.
- Chodźmy – powiedział Oren. Podkradli się do drzewa i odwiązali swe konie.
- Zawracamy – rzekł cicho.
Wtedy zza zakrętu wyszedł jakiś młodzieniec, który prowadził upartego konia, przez którego został w tyle za pozostałymi.
Giermek stanął jak dąb, kiedy ich zobaczył. Po chwili wszczął na alarm.
- Widzę ich! Są tutaj!
Nie czekali, gwarem pogonili swe wierzchowce i ruszyli z kopyta. Giermek sięgnął po łuk i strzelił. Strzała ze świstem leciała w powietrzu trafiając Orena w ramię. Rozbrzmiały krzyki żołnierzy.
Anaid pośpieszała swojego konia, podobnie jak Oren. Trzymali się drogi, aż dojechali do rozdroża.
- Jedź tędy.
Dziewczyna skinęła i skręciła w lewo, kiedy spostrzegła, że Oren kieruje konia w inną stronę. Pochylił się tak, aby ściekająca krew kapała na ziemię.
- Oren, co…?
- Musimy się rozdzielić – powiedział szybko. – To jedyny sposób. Nie mamy czasu.
Chciał ich zmylić.
Ostatni raz spojrzeli na siebie.
- Trzymamy się dalej tego, co Netchan rozkazał! – krzyknął.
Oboje ruszyli, tym razem już innymi drogami.
Anaid modliła się w duchu, aby wszystko przebiegło po ich myśli. Pędziła przed siebie, ale za sobą wciąż słyszała ścigających ją żołnierzy. Widać rozdzielili się albo nie dali się nabrać.
Nie miała pojęcia, jak już długo siedzi w siodle. Rumak zaczął słabnąć. Kiedy nie słyszała już nieprzyjaciół, pozwoliła mu odpocząć. Do jej uszu dodarł szum wody i udała się w tamtą stronę. Zobaczyła rzekę, a także wodospad. Pozwoliła wierzchowcowi napić się wody, sama postąpiła tak samo. Jednak zerkała od czasu do czasu, czy przypadkiem ktoś jej nie znalazł.
Koń czuł się nieswojo.
- Spokojnie – rzekła do niego miłym głosem. Wiedziała, że ma lepsze zmysły od niej. Coś znajdowało się w pobliżu. Anaid odniosła wrażenie, że ktoś lub coś ją obserwuje.
Kiedy zarżał rumak, zza wodospadu wyskoczył przerażony lis, który zaraz potem uciekł.
Anaid uspokajała przelękłego konia.
- Cii – głaskała go po szyi.
- Coś tam słyszałem. –Anaid usłyszała jakieś głosy z daleka.
Znaleźli mnie, są coraz bliżej. Anaid wpadła na pomysł. Skoro rude zwierzę wyskoczyło zza tego wodospadu, oznacza to, że tam musi się znajdować grota.
Weszła do rzeki, podskoczyła do miejsca, skąd wyszło zwierzę, a wtedy zaświtała jej myśl, że może jest tam jeszcze jeden lis. Nie miała wyboru.
Włożyła rękę w strumień wody. Nic jej nie ugryzło, wiec szybko przeszła przez wodną ścianę.
Znalazła się w małej, ciasnej i dość ciemnej jaskini. Macała ściany dłońmi. Na oko mogły tu się zmieścić góra dwie osoby. Dziewczyna błądząc po omacku opuszkami palców poczuła w kamiennej ścianie szparę.
Wtedy wpadła na pomysł.
Anaid wyjęła z torby księgę i sprawdzała czy się tam zmieści. Pasowała. Dziewczyna słyszała rżenie swojego rumaka. Postanowiła wyjść ostrożnie. Zerknęła czy Arańczycy już tu są. Nie widziała ich, więc wyszła i dosiadła konia.
Popatrzyła tylko na wodospad i na miejsce, by je dobrze zapamiętać. Odjechała, jadąc wzdłuż rzeki.
Koń nagle stanął dęba, kiedy pod nogami przebiegł zając. Anaid wpadła do wody.
- Jest!
Obejrzała się za siebie.
Żołnierze.
Wstała najszybciej jak mogła i zaczęła uciekać na drugi brzeg.
Arańczycy podążyli za nią. Patrzyła za siebie, jeden z nich dosiadający wierzchowca był już coraz bliżej niej. Przerażona zaczęła sięgać do torby. Myśli gospodarza krążyły w jej głowie.
„To lepsze niż to, co spotka cię z rąk Arańczycyków,
kiedy cię złapią”.
Słyszała opowieści, że nie zważali na nic. Tak samo traktowali kobiety i dzieci. Nie mieli litości, niektóre kobiety nawet posiadali siłą, bili je i ranili mieczami, a potem zabijali.
Desperacko trzymała już pestkę w dłoniach tuż przy ustach, by ją rozgryźć, ale wtedy poczuła szarpnięcie. Wypuściła ziarno z rąk, przewracając się na ziemię. Mężczyzna trzymał ją w silnym uścisku. Szarpała, próbując się wyrwać z jego objęć.
- Gdzie księga?! – wrzasnął do niej.
- Jak widzisz nie posiadam! – powiedziała z pogardą, plując mu w twarz.
Wtedy zobaczyła zbliżającą się pięść do twarzy.
No to I rozdział za nami. Ci, którzy chcą być dalej informowani, zapraszam do wpisania się do księgi. Tylko tych będę dawać znak o nowościach.
Później już nic nie widziała, jedynie ciemność.
Komentarze (9) ,
Skomentuj